Jestem biegacz ultra czy nie jestem…

Górska polana, góry i chmury w tle, biegacze na polanie

Nie biegam ultra. Mam to gdzieś! To dla mnie zbyt dużo. Biegacz ultra to nie ja!
Taka myśl przyleciała mi przez głowę podczas biegu górskiego na 34. km na Festiwalu Biegowym w Krynicy.
I to przekonanie solidnie zagnieździło się we mnie. Było za ciężko.
Cztery lata tak wytrzymałem.

Tak wyglądałem kilka chwil po dotarciu na metę. Reklama biegania w górach 😉

4 lata później… 11 sierpnia 2018 roku pobiegłem swoje pierwsze ultra.
W górach. Podobno całkiem nieźle – 17 miejsce w open.

Dlaczego pobiegłem?
Przypadkiem.
I nie ma w tym ani krzty przesady.

To nie będzie post o łzach, przeżyciach, transcendencji czy przekraczaniu barier.
Po prostu przebiegłem, posiłkując się marszem na niektórych podbiegach.
Nie uważam się za ultrasa.
To stanie się IMO jak przebiegnę dłuższy dystans. I to nie raz.
Gdy będzie niepogoda, walka ze swoimi słabościami, praca głową.
Tutaj nie było tego wiele, ba prawie wcale tego nie było.
Ale po kolei…

Ważne pytanie, biegniesz ultra w górach?

Jest 23 lipca, niecałe trzy tygodnie przed 11 sierpnia.
Asia pyta mnie online, czy chcę pobiec Chudego Wawrzyńca

Pierwsza myśl: ale przecież ja z biegów ultra odpadam. Not my cup of tea.

Bo dawno temu, po przywołanych powyżej górskich zawodach w Krynicy, podjąłem decyzję,
że ultra nie. Ale pytam Asię o więcej, bo mnie zaskoczyła.

Jest do wzięcia opłacony już pakiet (trzeba go tylko za 25 zł przepisać na mnie)
na którykolwiek dystans 50/80/100. Okazja! Po kilku minutach odpowiadam, że tak.
Bo… czemu nie?

Dlaczego jestem na tak?

Jestem w dobrej formie biegowej. Biegam 9 lat.
Od 2014 roku chodzę intensywnie po górach.
Rocznie robimy z Asia minimum kilkaset km po górach.
Nawet, jak od święta zostajemy w mieście, to robimy trasę 10-20 km w okolicznych górach.
W Tatrach na Rysach czy Rohaczach i Banikovie potrafimy urwać dwie godziny z czasów podanych na mapie. Idąc, nie biegnąc.
Zrobiliśmy 50 km zimą w Beskidzie Niskim, a kilkanaście razy przekroczyliśmy 40 km – na raz.
Średnio robimy 30-40 km w górach.
To dawało mi pewne poczucie braku strachu przed tym dystansem.

las, szlak, słupek graniczny
Fragment trasy w lesie

Najwyżej się przejdę…

I jednocześnie dawało mi podstawy do tego, aby mieć przekonanie, że co najwyżej zrobię to trekkingowo. Marszem, bądź marszobiegiem.
Jak widzisz kompletnie nie wiedziałem czego oczekiwać. Iść Chudego przy moim doświadczeniu?

Ale przypominam, ja i ultra to do tej pory były dwa bieguny. Ogień i lód. Północ i południe.
Dlatego zachowawczo stwierdziłem, że zawsze mogę tam zrobić szybki trekking.

Poza tym nie planowałem takiego biegu! Biegałem regularnie od początku lipca po miesięcznej przerwie.
Limit jest długi, dystans niewiele dłuższy od 50 km. Mogę też przecież to biec, to maszerować.

Tja, 17 miejsce w open i moje przedstartowe myśli o przejściu.
Ale potrafię w siebie nie wierzyć!

Kijki, mocium panie biegaczu ultra, kijki!

Pierwsza myśl sprzętowa – kijki! Zaraz potem Black Diamond.
Carbonowe, składane. Cud malina.
Niestety tego modelu nie ma w mojej długości.
Są zbliżone, ale regulowane i nie przekonują mnie.
Są też aluminiowe. Zaczynam wertować strony w sieci, pytać ultrasów o kijki.
Dzwonię do nieocenionego Sebastiana ze Sklepu Podróżnika w Bielsku-Białej
i gadamy o kijkach. Z Joanną coraz bardziej nas przekonuje speedhiking,
czyli takie kijki wykorzystalibyśmy potem w górach.
Pytam naszą czołową biegaczkę Natalię Tomasiak jakich kijków używa.

Potem dumam nad Leki. Sprzedawałem ich kije narciarskie.
Proszę o pomoc polskiego dystrybutora – podziękowania dla Pani Anny 🙂

Jednocześnie zegar tyka.

trzech biegaczy przed startem
Na starcie spotkałem dwóch znajomych, dwóch Tomków.

A darujmy sobie te kijki

Ostatecznie nie kupiłem i nie pobiegłem z kijkami.
Stwierdziłem, że
✅ brak mi przekonania
✅i co ważniejsze treningu z nimi.
✅ wolałem sobie odpuścić zabawę rozłóż, złóż, schowaj

Chociaż z trekkingowymi potrafię naprawdę szybko chodzić, to wolałem nie ryzykować. …
i po biegu byłem zadowolony, że ich nie kupiłem.
Na takie krótkie ultra nie potrzebuję kijów.  Podejścia to podchodziłem, to podbiegałem.
Im później, tym więcej było podchodzenia. Szczególnie na Muńcuł czy Rycerzową.
Podchodząc opierałem się na udach i to wystarczyło. Owszem było ciężko, jednak miało być ciężko.
Teraz analizując na spokojnie kijki dałyby mi troszkę czasu do przodu, ale niewiele. Nie tyle, bym żałował ich braku.

Logistyka – rzecz święta dla biegacza ultra (i nie tylko)!

Logistyka poranna… wróć… nocna wzorowa niemalże. Asia wstała o 1, ja niedługo potem. Kawa, nalanie wody do bukłaków. Asia jechała.
Za Węgierską Górką postanowiłem chociaż trochę jeszcze złapać odpoczynku i zamknąłem oczy. Łapałem każdą chwilę na drzemkę. Biegacz ultra powinien mieć to we krwi.

noc biegacz
Początek biegu to późna noc albo za wczesny poranek, wybierz sobie 🙂

Deszcz i stres – krótka lekcja.

Po kilku minutach usłyszałem odbijający się od dachu deszcz.

Nie zrozumcie mnie źle, ale ostatnio tyle razy mnie zlało, że mam tego trochę dosyć. A już szczególnie burz.

Powinien tutaj zacząć marudzić, narzekać. Może złorzeczyć.
Znowu ten deszcz.

Nie.
Nie zrobiłem tak.

Postanowiłem zignorować deszcz. Choć na chwilę oczy otworzyłem 😉
Nie dopuszczałem do swojej świadomości jednak jakiegokolwiek przejmowania się deszczem, czy myślenia o nim.
Będzie jak będzie, szkoda energii na stres.

Myślę, że też i nocna pora i nie całkiem obudzenie jeszcze pomagało mi w tym.

Start – Tomek, Maciek i Tomek

Ruszyliśmy. Wśród rac o 4 rano ruszyliśmy do przodu.
Biegłem kilka minut z Tomkiem od Bookworma.
Wcześniej spotkałem też znajomego Tomka z Gdańska i Maćka – Maćku wybacz;  ja niedobudzony,
skupiony na biegu i Ty jeszcze wyjątkowo w okularach, nie poznałem Cię 😉

Ale ja się nie ukrywałem!

A Tomek z Gdańska był co najmniej zdziwiony:
„No i wtedy spotykam Asię i Piotra. Jestem trochę w szoku, że Piotr tak doskonale ukrywał ten swój debiut w górskim ultra :)”
Relacja Tomka z biegu KLIK.

Wracając do „ukrywania się” – ano, nie chwaliłem się nikomu, o moim starcie wiedziały najpierw dwie,
a potem trzy osoby.
Drogi Tomku ten bieg wyszedł przypadkiem, nie wiedziałem co i jak,
nie chciałem tworzyć sobie presji. Do tego biegu żaden ze mnie biegacz ultra.
Po biegu zresztą nie wiele lepszy.

Biegacz zadowolony
Nie minęła połowa biegu a już byłem happy!

Czas biec swoje

Po kilku minutach życzyłem powodzenia temu drugiemu Tomkowi,
z którym biegłem od startu, i lekko przyspieszyłem. Najwyżej później będzie marsz, myślałem, ale tutaj mogę biec szybciej i nadal komfortowo.

Joanna w tym czasie jechała pod Wielką Raczę, aby tam wbiec, nakręcić ujęcia do filmu i pobiec do Przegibka, gdzie miała spotkać się ze mną.

Do przodu, spokojnie do przodu Piotrze

A ja spokojnie posuwałem się do przodu. Nie szarżowałem, lekkie podejścia podbiegałem. Strome odcinki maszerowałem. Cały czas czułem łydki. To pokłosie biegania w minimalistycznych butach w Ustroniu (m.in. bieg na Równicę) poprzedniego weekendu.
Jak i codziennego biegania – wolny miałem tylko piątek. Miałem świadomość, że mogę pod koniec mieć problem z powodu kurczów. Jednak dobrze mi się biegło, zatem parłem do przodu.

Darmowe kilometry Rudzika

Wyjątkowo dobrze mi się zbiegało. Na pierwszym zbiegu z Rachowca delikatnie puściłem się
i wysforowałem sporo do przodu.
Wtedy przypomniały mi się słowa Rudzika, partnera Ani z Panna Anna biega, z którymi miałem przyjemność spotkać się właśnie weekend wcześniej w Ustroniu. Zrobiliśmy sobie wtedy wycieczkę biegową na Czantorię, z powrotem przez Małą Czantorię.
Rudzik wtedy powiedział mi o darmowych kilometrach, gdy zbiegamy – o ile to nie jest zbieg na łeb na szyję.
Wysuń biodra do przodu i leć w dół. Siedziało mi to w głowie podczas Chudego i korzystałem
z jego porady. Rudziku dziękuję!

Na swoich pierwszych zawodach biegowych, wiele lat wcześniej, popełniłem sporo, i to poważnych błędów. Zapłaciłem duże frycowe.
Tutaj było ich o wiele mniej. Po części wynikało to z nastawienia mentalnego, po części z przygotowania, plus miałem trochę szczęścia.

To nie przyjęcie – biegnij! Czyli po co taka wyżerka!

Zbyt dużo czasu spędziłem na punkcie w Schronisku na Przegibku.
Ale ile tam dobrego jedzenia było! Tyle owoców, ciastek, przekąsek uśmiecha się do niego.
To skandal, że dalej trzeba biec.
Powinni tyle dobra przenieść na metę.

Straciłem rachubę

Ale nie objadłem się. Zjadłem kilka cząstek pomarańczy, jeden kawałek arbuza.
Uzupełniłem niepotrzebnie wodę w bukłaku (miałem ponad litr jeszcze) i wypiłem pół kubka izotonika.
Tu straciłem kilka minut – brak doświadczenia w bieganiu ultra.
Ale była Asia, i w międzyczasie gadaliśmy. Bardziej ona niż ja 😉 A ja byłem też trochę
i zmęczony i mniej skupiony na świecie.
Bo spokojnie widząc, ile wody mam w bukłaku, to mogłem odpuścić jego uzupełnianie.
Ale nie myślałem o tym, że to już „niedaleko” do mety.
Tzn. wiedziałem ile mam już za sobą, ale nie zwróciłem uwagi, ile mam przed sobą.
Że jedna górka, zbieg, druga, długi zbieg i Ujsoły.

biegacz
Jeszcze nie wiedziałem, że straciłem cenny czas na tym punkcie.

Przerwa na batonika

Potem przed Rycerzową zjadłem z musu batonika.
Oj, długo gryzłem i memlałem go w ustach. Ale od świtu biegłem tylko na dwóch bułkach
z ciasta półfrancuskiego i małej kawie, plus trzy żele podczas biegu. I te płyny na Przegibku.
Uznałem, że lepiej zjeść.
Potem niestety płyny z Przegibka trochę mi ciążyły i nie mogłem mocno puścić się
z Rycerzowej z uwagi na początki kolki.
Ale tylko zasygnalizowała się i na płaskim mogłem spokojnie biec.
A nie walczyć z kolką. Uff!

Im dalej tym trudniej, czyli gdzie ta meta?!

Początki bywają trudne, ale w zawodach bywa odwrotnie.
Im bliżej mety się zbliżałem tym poprzednie kilometry dawały o sobie znać:

Halo Piotrze! Biegniesz już 40 km, wiesz?!

No wiem!

Ale wiesz?! Biegniesz już 45 km, wiesz o tym?!

Wiem!

Na pewno?!

….

Czułem już narastające zmęczenie. Głowa była pusta, okazjonalne myśli wpadały i wylatywały.
Skupiałem się na biegu, na nogach, na przyrodzie.

Ale parłem do przodu. I byłem sam. Samotny aspirujący biegacz ultra.
Za Przegibkiem, przed Wielką Rycerzową wyprzedziłem dwie osoby (wg. międzyczasów, bo kojarzę jedną).
Od Rycerzowej biegłem już sam. Ograniczona widoczność nie pozwalała na długie spojrzenie do tyłu.
Biegnie tam kto za mną czy nie?
Nie wiedziałem, czy ktoś mnie goni. Włączyła się nuta rywalizacji.
Sam wiesz, że wyprzedzić się na ostatnich kilometrach to tak niefajnie.

Czasem wydawało mi się, że kogoś słyszę za sobą.
Albo to może to szum w pustej głowie? Pęd powietrza raczej nie 😉
Zawodnika spotkałem dopiero przed sobą na ok. 1.5 km do mety.
Zatem to chyba był ten szum 😛

Krew! Gleba! Nieodzowne w byciu ultrasem

Czym byłby bieg w górach bez gleby?
Tydzień wcześniej na zbiegu z Czantorii na łatwym odcinku rozharatałem sobie kciuk, dłoń
i kolano. Kilka dni Asia sama zmywała naczynia aby rana szybciej mi się zagoiła.
Ale rany do końca się nie zagoiły.

Podczas biegu zatem byłem ostrożny. Do czasu.
Nie byłbym sobą i wbiegłem na metę z zakrwawioną ręką, kolanem
i koszulką. Jak z przytupem kończysz debiut to z przytupem!

Na dosłownie chwilkę straciłem koncentrację. Wystarczyło.

Jakieś kilkadziesiąt metrów za znakiem, że do mety pozostało 2 km, wpadłem w jeżyny.
Gęste, niskie krzaki z kolcami. Obróciło mnie do góry nogami, tak, że miałem problem wstać.
Spojrzałem na rękę – pełna krwi – kolce poharatały mi ramię (takie kilkanaście sznytów).
I nie mogłem wstać. Leżę do góry nogami. Taki ze mnie biegacz ultra 😀
To były sekundy, ale wydawało mi się, że czas przyśpieszył i leżę tam dłużej.

Olać to. Trzeba biec. Bo jeszcze ktoś mnie dogoni? Wstawaj!

Ach ten Muńcuł! Ty Muńcule!

Jeśli czytasz ten blog to wiesz, że lubię być przygotowany.
Jeśli nie wiesz, to Ci mówię: lubię być przygotowany. Zwłaszcza w ważnych zawodach.
Aha, czytaj bloga! 🙂

Nie lubię olewania tematu i pozostawiania rzeczy przypadkom.
Zwłaszcza w bieganiu. Och, abym tak miał też w życiu!

W ramach koniecznego przygotowania obadałem trasę przed startem.
Ale nie kułem jej na blachę. Sporo odcinków znałem, wielokrotnie nią chodziliśmy razem od Wielkiej Raczy do Rycerzowej.
Nie znałem początku do Soli i odcinka od bacówki na Rycerzowej do mety. Asia, jako lokalny “przewodnik” przypomniała mi trasę.
A ja zajrzałem do jednej relacji i opisu trasy organizatora. I doczytałem o Muńcule.

Bo to podstępny szczyt. Biegniesz, podchodzisz, czołgasz się i widzisz szczyt.
Bujda. To nie ten szczyt. Zatem zagryzasz zęby, palą cię uda, noga za nogą i … widzisz koniec! Bujda hahaha! To znowu nie szczyt.

Można się bardzo rozczarować.

Rzecz o przygotowaniu.

Ale ja byłem przygotowany. Zresztą biegacz ultra, który nie zna trasy to chyba ewenement.

Przy profilu trasy na mapie była wzmianka, że na Muńcoła się idzie i idzie
i  … idzie. Najpierw jedno wzniesienie, potem drugie, trzecie i dopiero potem Muńcuł.

Okrutne prawda?

Dlatego mój gadzi mózg, czy moje zmęczone ja nie powiedziało mi przed Muńcułem:
ale to jeszcze jeden podbieg?! serio?!I znowu jeszcze?!”

Nie liczyłem tych podejść, nie miałem siły. Wiedziałem, że to potrwa.
Polanę szczytową Muńcoła z wolontariuszem przyjąłem szybkim zmęczonym westchnieniem “w końcu Muńcuł” i poleciałem w dół.
Gdy niedługo potem zobaczyłem kartkę, że do mety 5 km spojrzałem na zegarek. Niedługo po 9.
O, wow! To jest szansa na fajny czas.
Myślę, że 5.45 to będzie dobrze.

Zbiegam a ja bociek szukam żab

Zbieg nie pozwalał mi się rozpędzić. Szeroka droga, ale usiana kamieniami.
A ja już mocno zmęczony i trudno mi się skupić na omijaniu kamulców.
Do tego było woda skraplała mi się na okularach.
Przetrzyj szkła, uważaj pod nogi, nie zwalniaj. Powtórz.

Kilkaset metrów niżej na wąskiej ścieżce wpadam w krzaki.
O tym wypadku wyżej – pamiętasz, tak? 😉

Zmęczony jestem, mam pusty mózg i kłopoty z koncentracją
i … popełniam błąd.

Na końcu szlaku źle wybieram ścieżkę.
Wpadam w dół z wodą. Taki przydrożny, z wysoką trawą, zamaskowany!
Chlup! Chlup!

Ups! Biegnę w nim kilka metrów jak bociek!
W końcu wyskoczyłem na bok na szlak a żaby wyskoczyły mi z butów!

Asfalt, prawie meta i Ona!

Asia przed zawodami mówiła mi, że jeśli nie będę chciał gnać do mety
to pobiegłaby ze mną do mety końcówkę. Myślałem o tym podczas biegu
i stwierdziłem, że zrobię jej przyjemność, olać ewentualne ściganie się.

Asfalt mi się dłużył. Oj dłużył. Zawodnik przede mną lekko przyspieszył.
Albo ja zwolniłem i zostałem w tyle. Woda w butach też nie pomagała 😉

Asia mnie dojrzała, rozpoczęła filmowanie i pobiegła ze mną do mostku na mecie.
Chwilę wcześniej jakiś rowerzysta, coś do mnie mówił, proponował wodę.
O nie! Nie dam się złapać! Dzięki! Zero supportu przecież!
Ja może nie biegacz ultra, ale uczciwy!

góry, krajobraz, chmury, słońce
Dla takich widoków warto być w górach.

Jestem ultrasem czy nie jestem?

Bynajmniej.

Nie nazwę tego biegu wypadkiem przy pracy, bo to byłoby krzywdzące.
Odwaliłem kawał dobrej roboty jak na debiut.
Jednocześnie mam poczucie, że ultrasem nie zostaje się po jednym krótkim biegu ultra.

✅Była bardzo dobra pogoda.
✅Jestem mocny w górach, jak na amatora.
✅Miałem trochę szczęścia i
✅dobre nastawienie.

Zdaję sobie jednak sprawę, że ultra to coś więcej. Chyba.
Nie mam doświadczenia w tych ultra przecież.
Bazuję na podstawie opowieści znajomych, relacji z innych zawodów.
Czegoś mi tu zabrakło. Aby to poczuć, mieć okazję doświadczyć, powinno się pobiec kilka takich biegów.
Aby móc powiedzieć o sobie, że jestem biegaczem ultra.

Przydatne? Proszę podziel się:

  1. Piotrze, z serca gratuluję. I cieszę się, że piszesz. Twoje różne uwagi i rady gdzieś w mojej głowie kołaczą i powracają (choćby o bieganiu w upale). Dzięki Tobie (przez Ciebie?) zrobiłem się bardzo wybredny, jeśli chodzi o starty, zdecydowanie bardziej skupiam się na treningach.
    Cieszę się, że się bawisz bieganiem, no i że jeszcze (w Twoim mniemaniu) nie jesteś ultrasem, bo to znaczy, że będą kolejne starty i będzie co poczytać (i może o czym porozmawiać).
    Wszystkiego naj!

  2. Piotr fajnie piszesz o swojej pasji, gratuluję pomysłu na czas wolny, zaprawdę nie pomylili się Ci co nazwali Ciebie „dobrym duszkiem”.

  3. Przeczytałem i w końcu drugi raz – bo pierwszy na komórce w sklepie między półkami. Drugi raz na spokojnie. Gratulacje składałem już wielokrotnie na wszystkich możliwych platformach 🙂 Ale nie szkodzi zrobić tego jeszcze raz. Jestem pełen podziwu. I z przyjemnością czyta się takie relacje jak Twoja.

    Co do Muńcuła – każdy kto biegnie go pierwszy raz strasznie narzeka, że oszukuje nie mniej niż ten w drugiej części trasy nazwany wprost Oszustem (nie wiem, nie byłem, tylko słyszałem). Mój Muńcuł w 2016 był okropny. W 2017 wiedziałem czego się spodziewać, ale generalnie byłem po długim treningu jedzeniowym i było by mi ciężko także, gdyby Muńcuł był tylko z górki. Za to teraz, 2018, czysta przyjemność. Co prawda raz dałem się oszukać jakieś 300 może 500 metrów przed realnym szczytem, ale zareagowałem tylko lekkim uśmieszkiem.

    Co do pytania czy jesteś ultrasem? OCZYWIŚCIE, że TAK. Ultra to NIE JEST przecież jakaś definicja na określenie wielkiego zmęczenia, walki z przeciwnościami, upadanie i podnoszenie się, albo tylko upadanie. Definicja Ultra jest prosta, to pokonanie dystansu większego niż 50 km. Ty właśnie to zrobiłeś. I niezależnie od tego, czy będziesz szedł w to dalej, czy nie, albo czy znienacka odkupisz pakiet na ŁUT dzień przed biegiem (hehe) to ultrasem już jesteś. Stałeś się nim na trasie Chudego. A fakt, że pokonałeś tę trasę lekko i na luzie oznacza wyłącznie, że jesteś bardzo dobrym ultrasem 🙂

  4. Piotr

    Pawle
    dziękuję za miły komentarz. Dawno nie pisałem, a tu pojawiła się okazja – debiut w ultra. Ciesze się, ze korzystasz z tego co tutaj piszę 🙂
    Joanna
    dziękuję, tak już jest, że lubię się ruszać w wolnym czasie
    Tomku
    dziękuję, miło było Cię spotkać o tej 3.45 am 🙂
    Tak, Muńcuł jest zdradliwy. Gdybym nie sprawdził go na mapie, to kolejne podejście na niego mogłoby mnie dość zdemotywować.
    Tak, wg. definicji jestem ultrasem 🙂
    ŁUT i pakiet 🙂
    pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *