Skip to main content

czyli wspomnień czar?

Trzynaście lat

strasznie dużo czasu! I tyle dzieli moje dwa starty w Biegu Papiernika.
W 2013 roku pobiegłem IV Bieg Papiernika, trzeci raz z kolei.
I po latach zawitałem ponownie.

30 maja 2026 r. pobiegłem czwarty raz w Kwidzynie.

Tak, w Kwidzynie – jak w pupie – nie mówimy „w Kwidzyniu”.
Doskonale o tym wiem, bo miałem przyjemność tam mieszkać.

Kiedyś to było!

Gdy moja przygoda z bieganiem się rozkręcała, gdy mieszkałem w Trójmieście
to nie było jak teraz. Zawody są to tu, to tam, do wyboru, do koloru, do dystansu…

Wtedy było inaczej. Trzeba było jeździć bliżej, często dalej, śledzić biegi na MaratonyPolskie i najlepiej mieć biegowych znajomych.
A ja miałem i z Akademii Biegania, Grupy Trójmiasto i BiegamyRazem.pl.
Bo biegaliśmy razem, trenowaliśmy, jeździliśmy na zawody, wymienialiśmy się informacjami o biegach:
„W Skórczu są zawody, fajne 15 km po lesie, wśród jezior!” albo „Jedziemy do Unisławia, zabierasz się z nami? Poznasz zemstę teściowej!”

i tak dalej, bo miast i miasteczek mogę wymieniać jeszcze sporo. Niektórych tych biegów już nie ma.

Biegowe początki w … Kwidzynie.

Z Biegiem Papiernika mam specyficzną relację. Duży sentyment.

To tu, na stadionie miejskim zacząłem biegać.
Tu, gdzie startuje i kończy się Bieg Papiernika. To tu, w nowych butach biegowych – Saucony Hurricane – jak chyża sarenka,
jak gazela śmigałem kółka wokół stadionu, trawa lśniła, słońce świeciło z dumą.

Walczyłem o jedną całą pętlę.
Całe 400 metrów. Tak, dobrze czytasz.
Biegałem później maratony i nawet jedno ultra, ale pierwsze treningi to było mniej niż pętla na stadionie. Bo owszem, chodziłem na siłkę kilka lat, ale moje bieganie nie istniało. Zatem i kondycja nie istniała. Szybko jednak nadrobiłem.

I wtedy też w Kwidzynie opuściłem stadion i się wybrałem pobiegać po mieście. Pamiętam jeden taki trening, czy było ich więcej?
Chyba tak, ale to był rok 2009 … nie pamiętam.

Potem przeprowadzka do Trójmiasta, pierwszy start w zawodach w maju 2010 r. I … się przeogromnie wkręciłem!

2011 – biegniemy Papiernika?

Zatem, gdy w 2011 roku znajomi mówili dużo dobrego o biegu w Kwidzynie, to musiałem tam pojechać. Czemu nie w 2010 roku?
Bo jeszcze nie wiedziałem, że taki bieg się odbywa. Mój pierwszy start i Papiernika dzieliło 2 tygodnie (8. i 22. maja) –
a ja dopiero poznawałem lokalnych biegaczy i starty. Ale byłaby to frajda pobiec pierwsze zawody 🙂 no, ale.

Znajomi bardzo chwalili bieg. Nie dość, że bez opłaty startowej, to bardzo dobrze zorganizowany.
Organizatorzy bardzo dbali o to, aby nam biegaczom było jak najlepiej.
I nie tylko nam, ale także i mieszkańcom i naszym rodzinom i znajomym, którzy jeździli z nami i znosili nasze bieganie.

To nie był sam bieg. To był festyn i de facto piknik. Pamiętam, jak po jednym biegu leżeliśmy na kocu w słońcu ze znajomymi.

Mijają lata, przeprowadzki, przychodzi rok 2026

Przyznam, że niedawno, w styczniu sprawdzałem, czy bieg się jeszcze odbywa.
Część lokalnych imprez przestała istnieć, część została zmieniona (jak półmaraton w Pucku ostatniego weekendu lipca), a część doszła nowa.


Rzutem na taśmę, i dzięki sprytowi udało się zabrać z Jerzym na bieg. Jerzy nawet mnie kojarzył z początków parkrun Gdynia
kurka, mało się zmieniłem przez te kilkanaście lat (prawda Maroni?) ;).

Zgodził się na zabranie mnie, bo już miałem zrezygnować. Miałem wczesno-poranne połączenie z 5 minutową przesiadka w Malborku
i raczej nie chciałem ryzykować. Choć nie poddawałem się i pytałem
wyszukanych biegaczy i grupy, czy nie mają miejsca w aucie.

Jerzy odpisał, że ma i mogę się zabrać. Wspaniale! Odwiedzimy „stare śmieci!”.
Podroż pociągiem i tak mnie nie ominęła, bo SKM dojechałem na Grabówek i tam zabrałem się z Kasią i Jerzym.

Powrót do początków

Życie potrafi nas rzucić w różne miejsca. Choć przez życie trzeba rozumieć w sporej części nasze wybory, decyzje i brak decyzji.
Ja swego czasu, tuż po studiach, wylądowałem w Kwidzynie.
Mieszkałem tam kilka miesięcy, pracowałem. I tam właśnie zacząłem biegać.

Organizatorzy zaprosili w tym roku Roberta Korzeniowskiego.

Kwidzyn przywitał nas zachmurzeniem i duchotą. Tej duchoty nie było czuć praktycznie, dała o sobie znać dopiero podczas biegu.
Szybkie odebranie pakietu – ½ ryzy papieru, napój izotoniczny i komin ala buff. Ostatnio kolega biegacz, młodego pokolenia, twierdził, że biegacze nie potrzebują buffów.
Może młodsi nie potrzebują, nie jest to fancy i modne. Cóż, my starsi biegowym stażem, kolejnemu kominowi nie odmówimy.

Jak doczytałem z komentarzy przed biegiem, trasa biegu już nie wiedzie przez zakład papierniczy, sponsora biegu. W pierwszych moich edycjach przebiegaliśmy przez zakład – co prawda dużo z tego nie pamiętam, ale przez bramę przebiegaliśmy, bo mam zdjęcia.
I pamiętam ten moment, bo wtedy czapeczka mi spadła i musiałem zawrócić po nią 😉

Zmiana właściciela zakładu

I właśnie zakład i sponsor biegu. Jedyna pewna rzecz to zmiana, zatem gdy zobaczyłem brak w materiałach biegu nazwy „International Paper”
a zamiast tego „MM” uznałem, że jakieś zmiany zaszły. I faktycznie, International Paper sprzedał zakład w Kwidzynie w 2021 r. grupie MM.

Poprzedni właściciel zakładu
Obecny właściciel – zdjęcie w biegu 😉

Zatem już nie biegliśmy przez zakład, za to poprowadzono trasę przez miasto. Może nie zawładnęliśmy centrum miasta, jednak było blisko.
Biegnąc przypominałem sobie charakterystyczne miejsca, zwłaszcza deptak, gdzie przesiadywałem na ławce. Trasa została poprowadzona tak, że biegliśmy częściowo po swoich śladach. Dzięki temu dojrzałem sunącego daleko z przodu Jerzego, któremu krzyknąłem niezawodne:
„dajesz Jerzy, dajesz!” Podziałało 😀 bo Jerzy był trzeci w kategorii, gratulacje!

Biegowo, czyli jak mi się biegło?

Dzień przed, mniej niż dobę przed startem, przebiegłem ponad godzinę w Parku Reagana w dość ciepły dzień.
W dodatkowej bluzie, aby było jeszcze cieplej 😉
Do tego niedawno wróciłem do biegania po trzech tygodniach pauzy, zatem nie planowałem nic wielkiego.
Chciałem pobiec z sentymentu.

Dlatego czas nieco powyżej 48 minut jest jaki jest. Mimo braku słońca upociłem się fest, a w drugiej połowie dokuczała mi delikatna kolka. Gdybym wiedział, że do złamania 48 brakuje mi kilkunastu sekund pewnie bym przyśpieszył, z drugiej strony może bym odpuścił.
Czas tu się o wiele mniej liczył, jeśli wcale.

Czar wspomnień & siła więzi

Teraz będzie subiektywnie. Fajnie było wrócić i przebiec znowu ten bieg.

Ale nie czułem się tak jak te kilkanaście lat temu. Czemu?

Powtórzę, sam bieg świetnie zorganizowany, świetnie poprowadzony. Gratulacje dla organizatorów.

Teraz moje odczucia.
Brakowało mi towarzystwa, wspólnoty, możliwości dzielenia się emocjami i wrażeniami, bycia ze znajomymi. Poczucia więzi.
W tamtych latach biegałem i jeździłem z znajomymi z BiegamyRazem i nie tylko: Janek i Buli z Grupy Trójmiasto, znajomi z Akademii Biegania i „niezrzeszeni”. Jechało się autem, biegło, siedziało więcej lub mniej po biegu i się wracało. Później na treningach relacje z biegu, podsyłanie sobie zdjęć. Tu tego mi zabrakło. Smak wspomnień jednak bywa mylący.

I zabrakło mi słońca. Po biegu kilkanaście minut popadało i powiało, aż schowałem się do hali, aby mnie nie przewiało. Przez to nie można było posiedzieć w słońku na trawce, jak to zapamiętałem. I jakoś te wydzielone przestrzenie przy stadionie, niektóre niedostępne dla publiczności, jakoś nie sprzyjały poczuciu więzi. Tylko pamiętaj, to subiektywne odczucie.

Gdy się ma w głowie wspomnienia i po piętnastu latach wróci się do nich, już w innych okolicznościach i warunkach to można mieć swoje subiektywne rozczarowanie 😉
Bo obiektywnie sama impreza najbardziej do polecenia.

Leave a Reply