Skip to main content

Stawiasz sobie cel. Życiówka. Mocny bieg. Bieg górski. Debiut.
Podporządkujesz swoje życie pod ten cel. Praca, rodzina, obowiązki. Wiele wyrzeczeń.
Poświęceń. Robisz progres i widzisz postępy.

Aż tu nagle stop. Koniec. Kontuzja. Przerwa.

Chwila zakręcenia się, tygodnie przerwy.

Pewnego słonecznego dnia wychodzę pobiegać.
Biegam prawie codziennie, z jednym dniem przerwy w tygodniu.
To sporo jak na mnie i wiąże się, z konkretnym postanowieniem i celem.

Już po pracy – cały dzień przed komputerem. Głowa woła o reset.
Pobiegam, odpocznę psychicznie i zrobię trening – tyle korzyści jednym treningiem 🙂

Na schodach schodząc nagle obracam się, potykam i się przewracam.

A nie musiałem się nawet obracać. Za mną stał jakiś mężczyzna, którego kątem oka wziąłem błędnie za sąsiada.
Chciałem się przywitać słowem, a leżę i czuję ostry ból w kostce.

Kilka tygodni wcześniej.

A takie były plany, takie cele!

Trochę się zapuściłem w bieganiu, szczególnie szybkim*.
Życiówki stare, ostatni maraton kilka lat wcześniej.
Biegam, owszem, regularnie, z przerwami na roztrenowanie i ad hoc.

Ale chodzi za mną szybsze bieganie. Powrót do prędkości, gdzie trzeba się naprawdę napracować.
Przypomnijmy sobie dawnego, wybieganego, szybkiego Piotra!

*Na miarę moich możliwości, bo do PT Kolegów jak Artur, czy Sebastian to daleko mi.

Okazja sama się zbliża – półmaraton nad Gardą.

Pobiegnijmy nad jeziorem Garda i zróbmy tam porządny wynik.
Nie planowałem pobić życiówki – 1.25.14, ale mocno zbliżyć się do niej.
Okolice 1.30 będą satysfakcjonujące na dobry początek.

Samo postanowienie miało też:
– pokazać mi, że stać mnie na szybkie biegi,
– zmobilizować do częstszego biegania tj. 6 dni w tygodniu,
– i do trenowania mocniej, dłużej, szybciej.

Przygotowania do zawodów, czyli pierwszy etap.

Wtedy, po roztrenowaniu, biegałem w kratkę. I bez żadnego planu.
Zatem pierwsze dwa tygodnie to powrót do rutyny biegania co drugi dzień.
Potem 4-5 treningów w tygodniu, aż finalnie biegałem codziennie z jednym dniem wolnym.

Mentalny trening, czyli na poważnie.

Podczas treningów w Mazowieckim Parku Krajobrazowym
obmyślałem cele na bieg. Lepiej mieć dwa, trzy cele, bo życiem życiem i trzeba być elastycznym.
Zatem wymyśliłem sobie cel maksimum, dobry i satysfakcjonujący.

Znalazłem w czeluściach skrzynki mailowej porady od Wojtka,
który dał mi szczery feedback po maratonie w Łodzi.
Wtedy dzięki niemu wziąłem się za siebie i zrobiłem aktualną życiówkę w półmaratonie.

Rutyna, ach ta rutyna.

Po pracy i dojeździe do domu rzucałem rzeczy, ćwiczyłem swoje pompki i wychodziłem pobiegać.
Po bieganiu reszta ćwiczeń, kąpiel, kolacja, czas na naukę, telefon do Asi i spać.
Ale przynajmniej dni szybko mijały mi w Warszawie.

mężczyzna biegnie samotnie do mety na zawodach, w tle barierki, banery i kibice
Tak się kiedyś hasało na Życiowej Dyszce na Festiwalu Biegowym.

I kontynuowałem swoje treningi po powrocie do Bielska-Białej.
Kilka tygodni treningów, aż nadszedł ten pechowy dzień.

Wywrotka, kontuzja, przerwa.

Wstałem z chodnika. Kostka spuchła jak balon.

Kostki to moja pięta Achillesowa. Kilka razy skręcone, raz złamana.
Jeszcze w tym roku w czerwcu poważnie sobie ją nadwyrężyłem.
Wtedy mi się udało. Kilka dni wolnego.

Tym razem też mi się udało. Nie skręciłem kostki.

Jednak udało mi się wyeliminować z biegania.
I w ogóle jakiekolwiek aktywności.

Łącznie nie biegałem trzy tygodnie. Taka wyrwa w treningach to przepaść.
Nie ma szans na mocny wynik na półmaratonie.

Bo teraz był czas na intensywne treningi. Na ćwiczenie szybkości.
Na trenowanie wytrzymałości. Na podbiegi. Na biegi z narastającą prędkością.

A jest …siedzenie w domu. I w ramach przewietrzenia się „ala spacery”.
Czyli wyjście przed blok i posiadówka na ławce. Super.

kulinarne specjały od Asi kuszą i nie mam jak ich spalać!

Ożeż Ty!

Czy się wkurzyłem?
Tak, bo mam emocje. Choć na wulgaryzm pozwoliłem sobie kilkadziesiąt minut później.
Choć i tak byłem miły 😉

Zrobiłem to też dla porządku i aby w samotności trochę rozładować napięcie.
Kiedyś za mocno nauczyłem się powściągać emocje i nie wyszło mi to na dobre.
Emocje są nasze. Warto je udomowić, ale nie wyplenić i udawać, że ich nie ma.

Stało się, czy nic się nie stało?

Przyjąłem ten wypadek ze spokojem. Jeszcze nie z radością, ale już ze spokojem.
Stało się. Wszelkie rozpamiętywanie nie miało sensu.
Cieszyć się, że nie skręciłem kostki, bo wtedy przerwa byłaby jeszcze dłuższa.

Biorę na klatę. Oduczam się przejmowania.

Zatem, nie skarżę się ani joty.
Podziwiam Asię za jej sześć dni biegowych na tydzień, z czego większość o 5 rano!
Ogarniam jej poranne śniadania i wałówki do pracy. Uśmiecham się do biegaczy, gdy ich mijam
w aucie lub na spacerze.

Korzyści, czyli jak to wykorzystać dla siebie?

Wykorzystuję wolny czas. Zacząłem jeszcze więcej czytać i zabrałem się też za bloga.

Bo los przyniósł co przyniósł. Wziąłem to i idę dalej. Choć nie biegnę.
Jeszcze.

One Comment

Leave a Reply