Najważniejszy nasz bieg

Najważniejszy nasz bieg

Niespodziewany telefon

Kilkanaście godzin przed maratonem w Nowym Jorku – tuż po 19 gdy byłem już w łóżku próbując usnąć, by rano być w z zapasem wypoczętym – zadzwoniła Bee: „wejdź na Facebooka proszę na moment” powiedziała. Wszedłem. I nie wyszedłem z niego przez kolejne dwie godziny. To co zobaczyłem przerosło mnie! W każdym tego pojęcia znaczeniu…

Operacja, zwątpienie i wyznanie biegacza

72 dni przed TCS NYC Marathon nie wiedziałem, że w nim pobiegnę.
Byłem trzy miesiące po zabiegu usunięcia żylaków z jednej z nóg. Po zabiegu zostało mi 16 szwów i absolutny brak wcześniejszej wydolności.

Siedzieliśmy wieczorem z Bee na kanapie i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Temat zszedł na moją nogę i bieganie do którego wróciłem miesiąc po zabiegu. Wszystko konsultowałem z lekarzem – pierwsze gimnastyki, marsze i pozabiegowe rozbieganie.

Było ciężko… Głowa pamiętała wcześniejsze trasy i ponad siedemdziesiąt półmaratonów w rok – ciało miało jednak całkowitą amnezję.
„Wiesz Kochanie – powiedziałem w pewnym momencie – cholernie ciężko mi się biega… Mam problem by przetruchtać 5 kilometrów… A chciałbym robić to co wcześniej – zaliczać swoje 300 kilometrów w miesiąc…”

Trudno mi te słowa przyszły. Wypowiedziane na głos brzmiały jak największa i najgłębiej skrywana tajemnica biegacza… Taką zresztą była. „Będzie dobrze – powiedziała Bee – potrzebujesz tylko czasu. Nie spiesz się, to był poważny zabieg, za rok o tej porze nie będziesz tego pamiętał”.

Niespodziewana wiadomość i trudna decyzja

Rano odebrałem maila: możesz pobiec w Nowym Jorku.

Król Wszystkich Maratonów. Marzenie każdego biegacza. Również moje. Nie myślałem, że będę mógł tam kiedykolwiek pobiec – system kwalifikacji jest zabójczy dla amatorów takich jak ja. Tym niemniej stało się..! Od startu dzieliła mnie tylko decyzja! Oraz rozmowa z Bee sprzed kilkunastu godzin… I brak czasu, o którym mówiła.

Wieczorem powiedziałem Jej o mailu. „Chcesz pobiec?” spytała krótko. „Tak”. „To pobiegnij.”

To bodaj najkrótsza nasza rozmowa. O jednym z ważniejszych pragnień, które mogły wydarzyć się w naszym życiu. Gdy dwoje ludzi zna się tak jak my i jest ze sobą tak blisko jak my – tyle czasami wystarcza.

Przygotowania i wsparcie Bee

Do maratonu zostało mi 70 dni. Nasze 70 dni. Bee pomagała jak mogła. Wiedziała, że nie mogę zmarnować żadnego z nich. Odpuścić treningu, diety, czegokolwiek. Czułem Jej wsparcie. Czułem też jak moje ciało zaczyna przypominać sobie to co cały czas pamiętała głowa. Powoli – tak tylko jak pozwalał na to kalendarz – podkręcałem tempo przygotowań.

Zaczęły się wieczorne warszawskie treningi

Leć sam!

Miesiąc przed startem powiedziała: „poleć sam. Będziesz skoncentrowany na biegu. Nie chcę rozpraszać Cię. Jak będziemy razem to pójdziemy w kilka naszych ulubionych miejsc, połazimy po knajpkach, będziemy tracić energię na zakupach. Tak będzie lepiej”.

Nie chciałem lecieć sam! Chciałem by była przy mnie przed startem i na mecie.

Ale w tym co powiedziała był sens.

W moim życiu kilka rzeczy jest ważnych – Ona jednak jest najważniejsza. Byłoby mi szkoda, że jesteśmy razem w naszym ulubionym Nowym Jorku i nie robimy tego co lubimy więc pewno zaczęlibyśmy tracić energię trochę tu, trochę tam…

Poleciałem sam. Tydzień przed biegiem. By się przestawić z czasem. Pospać. Spędzić dzień w maratońskim expo. Wziąć udział w ceremonii otwarcia maratonu w piątek przed biegiem w Central Parku.

#taketheNYCSikor

Wszedłem na facebooka. Kliknąłem w wysłany mi przez Bee link: #taketheNYCSikor. Ponad sto pięćdziesiąt osób składało mi  w utworzonym przez Nią specjalnym wydarzeniu życzenia dobrego biegu! I wierzyło, że mimo przygotowań, które nie były tak długie jak bym tego chciał ukończę maraton w Wielkim Jabłku! Pod każdym z postów były zdjęcia. Banery, napisy, układanki z klocków, grabionych liści. Znajomi, Ich dzieci, psiaki, koty… Ale też nieznajomi! Obce osoby, które życzyły mi wspaniałego maratonu, bo od swoich znajomych usłyszały, że jakiś facet ma pobiec i jego Żona prosi o wsparcie!

Marylin Monroe oczywiście kibicowała mi w domu z Anią 🙂

Wzruszyłem się

Do oczy napłynęły mi łzy… Tak wtedy jak teraz kiedy to piszę… Nie mogłem oderwać się od komputera. Zamiast przekładać się na drugi bok i łapać siły śpiąc przed biegiem przesuwałem kolejne zdjęcia. I życzenia…

Ten start, ten dzień, ten Maraton

1 listopada 2016 roku, Verrazano Bridge, tuż po ósmej. Na start czekam z ponad pięćdziesięcioma tysiącami innych biegaczy. I z ponad stu pięćdziesięcioma kibicującymi mi Znajomymi. Oraz z Bee.

Strefa startu tego dnia była chroniona tak samo jak Biały Dom – Ania mimo, że bez numeru i w szpilkach była tam ze mną. Biegła obok mnie przez pięć dzielnic Nowego Yorku. 3:47 minut później wbiegła ze mną na metę. Nie musiałem do Niej dzwonić z Central Parku – śledziła na bieżąco w dedykowanej aplikacji mój maraton.

Wiedziała gdzie biegło mi się dobrze, gdzie zwolniłem, kiedy wbiegłem na metę. Wiem, że wiedziała by to nawet bez aplikacji. Takie rzeczy wie się kiedy jest się ze sobą blisko. Kiedy rozumie się drugą osobę i kiedy słowo „wsparcie” nie jest czystym frazesem. Ten bieg był dla nas ważny. Trudniejszy niż maraton. Ważniejszy niż Król Wszystkich Maratonów. To był Nasz Bieg. Nikt i nigdy tego już nie zmieni. Dziękuję.

Biegacz, ręce w górze, przed zawodami.
Dziękuję Bee!
Przydatne? Proszę podziel się:
Pokaż komentarze

Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.