Skip to main content

Ładna pogoda, rower, wolny dzień, Trójmiasto.

Co by tu zrobić?

Mam rower od Dominiki z JagodaRun, mam opcję dnia wolnego, ma być ładna pogoda.
I jestem w Gdańsku, zatem mam do wyboru mnóstwo fajnych tras rowerowych.
Kilka objechałem nawet niedawno z Asią vel AsiaProsto.pl.


Kilka dni rozmyślałem nad trasą, sprawdzałem pociągi, pogodę i dumałem gdzie i jak.
Krynica Morska i Piaski? Kaszuby? Hel? Władysławowo i na zachód?

Wieczorem w przeddzień wyprawy zdecydowałem, że nie pojadę pociągiem.
Nie chce mi się wstawać wcześnie rano i gonić na pociąg.
Ani siedzieć. Przede wszystkim siedzieć i tracić czas rowerowania.

Spokojne śniadanie, trochę pracy i wyjdę na rower.

Podświadomie wiedziałem, że piszę się na wyrypę. Ale nie chciałem się przyznać do tego sam sobie.

Włóczenie się i wolność.

Kolejny raz wspomnę, za co kocham rower.
Za wolność i elastyczność włóczenia się. Lubię biegać i chodzić po różnych miejscach.
Włóczyć się i poznawać okoliczne miejsca, które normalnie pomijam.
Rower daje tutaj większe możliwości, bo można więcej zobaczyć.
Jak mi się dana ulica, miejsce nie spodoba, to nawrócę i już mnie nie ma.

Impresje i wspomnienia z wycieczki jak i życiowe


Poniżej kilka ciekawych momentów z tej wyrypy. Niechronologicznie.

Puck i cukiernia.

W maju na trasie Hel – Gdańsk Oliwa z Asią na Starym Rynku w Pucku w maju odkryliśmy lokalną cukiernię.
Mieliśmy ochotę na coś słodkiego, mieliśmy już ok. 40 km w nogach (w tyłku vel siedzeniu).

Patrzymy szyld Cukiernia. Niezbyt nowy, mający swoje lata. Dajmy zarobić lokalnemu biznesowi.
Asia poszła zrobić rekonesans a ja zająłem strategiczną ławkę w cieniu.

Wróciła z przepysznymi eklerkami. Pistacjowymi!
Co ciekawe nie za miliony. Przeciwnie, w normalnej cenie.

UWAGA: pod tym adresem są dwie cukiernie, ta „Maleńka” nie istnieje.
Prawdopodobnie była tam wcześniej. Zgłaszałem do GMaps, ale bez skutku.


Podczas drugiej wizyty Asi, znów tam zawitaliśmy, robiąc inną trasę z Rumi.
Tym razem na pytanie Asi co bierzemy było: eklerki i „zaskocz mnie”.
I obok pistacjowych eklerków zjedliśmy … pyszne tiramisu 😉

Wizyta w cukierni po przyjechaniu z Oliwy do Pucka, trzecia, ale samotnie

Zatem cukiernia była w planie. Na czymś trzeba jechać w końcu 😉
Spokojnie, zjadłem mocno pożywne śniadanie.

Dojechałem i wziąłem eklerka i ptysia.
Do ptysiów mam specyficzny stosunek. Nigdy ich jakoś nie lubiłem za dziecka.
Ot taki krem i dwa kawałki ciasta. Ale to tylko moje reminiscencje.
Od czasu do czasu jem ptysia, choć wybitnymi ich bym nie nazwał.
Częściej zjem pączka czy inną drożdżówkę. No i ptyś nie jest konkretny.
Dwa duże kęsy i nie ma!

Tutaj co innego. Ptyś był super. Taki jakiego bym polubił.
Spałaszowałem go nie patrząc, że nosek mi się nim „przypudrował”.
Ekler też do polecenia. Jedno i drugie pyszne. I nie wydałem majątku.
Za obie sztuki mniej niż za jedną w Gdańsku.

Puck Stadion Półmaraton

Trasa rowerowa prowadzi obok Stadionu Miejskiego.
Już z powrotem zajechałem tam od drugiej strony i zrobiłem sobie kilka zdjęć z bieżnią. Dlaczego?

Tam były start i meta lokalnego, ale znanego Półmaratonu Ziemi Puckiej (dalej Półmaraton Puck/w Pucku.)

Półmaraton w Pucku ma dla mnie wymiar mocno sentymentalny.
W 2010 roku przebiegłem tam swój pierwszy półmaraton. Drugie zawody biegowe w życiu.

Ostatni weekend lipca, upały, 21 km po lokalnych drogach.
Grochówka na mecie, cukier na trasie.
Po biegu odpoczywaliśmy ze znajomymi na plaży albo na murawie stadionu.

Nabiegałem tam czasy:
– 2 godziny trzy minuty
– 1 godzina 43 minuty
– 1 godzina 45 minut
– 1 godzina 43 minuty

netto, w przybliżeniu.

Mój debiut w półmaratonie

Pierwszą edycją pamiętam, bo namówił mnie chyba Maciej, kolega z aplikacji.
Byłem po majowym Biegu Europejskim, a on wypatrzył mnie na biegu.
Od słowa do słowa, dwóch biegaczy prawników miało o czym rozmawiać. Coś innego niż zaliczenia, przepisy i kazusy 😀
Maciej wspomniał mi o półmaratonie, a ja zacząłem się nakręcać.

Byłem nakręcony zawodami, mimo że na Biegu Europejskim było … ciężko.
Ale było na moje własne życzenie. Odhaczyłem wszelkie możliwe błędy na zawodach:


Podczas przygotowań nie zrobiłem dystansu zbliżonego do półmaratonu vel 2h biegu.
Za to zacząłem odkrywać tereny leśno-pagórkowate za Sopotem w stronę Orłowa.
I to mnie solidnie przygotowało.
Górki to jest to, nawet takie niewielkie, wtedy dla nowicjusza jednak wielkie.

Po biegu na puckiej plaży w 2012 r.

Czemu nie pobiegłem w tym roku?

Jak już przeprowadziłem się do Gdańska, to warto jakieś zawody pobiec.
Najlepiej te, które już znałem. Pragnienie zaliczania zawodów już mi przeszło.
Ale kilka wyjątków chętnie zrobię. Z sentymentu.

Dzięki temu udało mi się ponownie pobiec w Kwidzynie Bieg Papiernika.

Ale niestety w Pucku nie pobiegłem. Przynajmniej w lipcowym terminie.

Gdyby dalej był na koniec lipca. Ale już wiosną sprawdziłem, że przenieśli imprezę na jesień.
Cóż, szkoda. Wiem, że lipiec i upały nie sprzyjają bieganiu, ale to była siła i zaleta tego biegu dla mnie.
Ciekawe jak sobie frekwencyjnie poradzi teraz ten bieg, pod egidą nowych organizatorów i mimo konkurencji;
jesienią mamy połówki w Sopocie i w Gdańsku. Pożyjemy zobaczymy.

Dożynki

Jestem ze wsi, ale nigdy nie uczestniczyłem w dożynkach.
W gminie, owszem, organizują,
ale to kilka dobrych km od domu i dla chłopaka były też ciekawsze zajęcia 😉 Za dzieciaka.

Za to kilka lat temu prawie przejechał mnie kierowca imbecyl na dożynkach, gdy rowerem eksplorowałem nasze śląskie miasteczka.
Nie wiem, czy oślepiło go coś, czy źle wymierzył, czy myślał, że ja stoję w miejscu, ale mało brakowało i było ostro po hamulcach. Moich.

Ale do rzeczy. Jadę w stronę Rzucewa i widzę słomianą figurę. Wcześniej „jakoś” nie zauważyłem dwóch innych. Szybka fota i dalej.
Następna to policjant i kontrola prędkości. Ale hitem był pijany rowerzysta w beli słomy.
Chociaż konkurencja była spora, nie obyło się nawiązania do myśliwych i systemu kaucyjnego.

Ech, ludzie mają inwencję! Zresztą popatrzcie sami:

Zatoka, woda, przestrzeń

Tym razem nad samo morze nie trafiłem, ale jazda wzdłuż zatoki mi wystarczyła.
Woda prawie po horyzont, w tle Gdynia z Sea Towers, Puck, Rewa, lasy. Jak mi się ta przestrzeń podoba.
Ja tu na rowerze pomykam, a tu takie widoki.
Że tak z przymrużeniem oka, jak na rumaku mknącym przez łąki i stepy 😉

Czasem człowiek musi, inaczej się udusi, powinien poczuć taką większą przestrzeń.
Wolność.

Wspomnienia majówki rowerowej

Trzy miesiące wcześniej robiliśmy z Asią trasę z Helu do domu, do Gdańska.
Wywieźliśmy się na Hel, mimo perturbacji z przesiadką – pomyliłem pociągi i zamiast szybszym pierwszym regionalnym do Gdyni
jechaliśmy wolniejszą SKM. I na dodatek przejście z SKM w Gdyni Głównej było zamknięte – zresztą o tym, że jest przypomniałem się po fakcie.
Zatem z dwoma rowerami zrobiliśmy rajd wśród ludzi z peronu SKM przez dwa dworce do peronu z pociągiem na Hel.

Kto kojarzy te schody i wąski korytarz z SKM na dworzec główny, ten może wyobrazić sobie mój rajd z rowerem w rękach.
Ale zdążyliśmy, i upoceni wsiedliśmy do pociągu. A jeszcze nie zaczęliśmy pedałować!

I jak jechałem to sobie przypominałem naszą wspólną wyprawę.
I doceniałem fakt, że mimo majówki to było przed sezonem i mieliśmy pusto.

Teraz to już nie było to samo. Więcej pieszych, szczególnie na odcinku Chałupy – Władysławowo,
więcej rowerzystów. I totalnie zapchany Hel. Mieliśmy wspaniałe pustki, wtedy w maju.
I jak Asia śpiewała sobie „Chałupy welcome to” to miło było sobie to ponucić pod nosem teraz.

Mineralna woda w cenie kilku piw

Nie obyło się bez łyżki dziegciu w tym miodzie. W osiedlowym sklepie małej sieci za 1,5 l Muszynianki zapłaciłem ponad 8 zł.
W tej cenie miałbym trzy, cztery piwa jak informowały kartki na drzwiach. No cóż, priorytety.

186 km a 200 km

Czy chciałem dobić do 200 km?

Nie.
W ogóle nie sprawdzałem dystansu. Nie do końca świadomie planowałem taką wyrypę.
Trochę improwizacji, trochę intuicji, trochę ambicji, i tak wyszło.
I też znak za Puckiem informował, że na Hel jest 30 km. Co to jest 30 km?
Kilka kilometrów dalej widzę – 35!
Aha, to chyba ten pierwszy znak był jednak dla zmotoryzowanych.
Cóż, musiałem po prostu przycisnąć 😉

Rejestrację trasy wyłączyłem i sprawdziłem dopiero pod blokiem. Jechałem dla siebie i swoje 😉
I nawet się nie zdziwiłem dystansem.

Jechałem swoje, i gdzieś bardzo z tyłu głowy wiedziałem, że najwyżej w Gdyni, Pucku wsiądę w pociąg i dojadę nim do Oliwy.
Oczywiście wiedziałem, że tak nie zrobię. I zrobię tak, aby do tego nie doszło.

Leave a Reply