Ale zanim o zabawie, to chwila prywaty.
Bo po to, aby;
– pobiegać kilka treningów w zimowej scenerii, w mrozie i po białym puchu,
– przebiec trailowe zawody, do tego w extra warunkach,
– i wyjąć z szafy dawno nieużywany sprzęt: buty i wodoodporne skarpetki,
musiałem aż do Gdańska przybyć! I Na drugi koniec Polski…
Disclaimer, gdyby nie roztrenowanie w Bielsku-Białej to udałoby mi się pobiegać zimową scenerią.
Ale przerwa od biegania to przerwa od biegania. Zatem, gdy w B-B zapanowały na jakiś czas zimowe warunki, ja co najwyżej spacerowałem.
Zabawę czas zacząć!

A więc stoję na starcie. Szemud, Pomerania Winter Trail, dystans 25 km.
Pas biegowy i numer startowy nie współgrają ze sobą. To nie może się udać.
Szybka decyzja i ściągam numer, przepinam.
Start! Biegniemy! Już? Numer do ręki przy softlasku i ruszam. Powoli, bo tłok, zaraz pierwszy błotnisty fragment.
Tu jeszcze uważam, później będzie prawie wszystko jedno. Asfalt, płyty, leśna droga, las.
Z górki na pazurki.
Las. Robi się tłok, bo pierwszy zbieg w dół. Większość zachowawczo po prawej stronie, lewa prawie wolna.
Szybki rzut okiem na lewą stronę – mokry i przyczepny śnieg, spokojnie zbiegnę.
No to huzia w dół, choć nie na pełnej, bo było i wąsko i niektórzy wpadli też na ten pomysł.
Był fun.
To tutaj poczułem, że będzie zabawa, że będzie fajnie. Zresztą taki był plan na bieg.
Po kilku treningach od w.w. roztrenowania nie planowałem szaleć.
Skorzystać z fajnego biegu, interesujących warunków, pokręcić filmiki i pobiec przyzwoicie z okazjonalnymi marszami. Poczuć fun.
Ja i filmiki na biegu – czyli ja i telefon na zawodach. To prawie nigdy się nie zdarza.
Okay, przyznaję się. Na innym trailowym biegu w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym zdawałem telefonicznie relację koleżance.
Ale poza tym chyba nic! I ta rozmowa telefoniczna była ponad dekadę temu!


Zabawa i fun, mimo warunków, albo dzięki nim
Błoto, woda, mokry śnieg, ale praktycznie bez lodu poza kilkoma krótkimi odcinkami,
gdzie śnieg był bardziej zmrożony. Śnieg rozdeptany, udeptany, podeptany i deptany.
Często trzeba było obiec w głębokim śniegu. Robiłem to bez większego zastanowienia się
– ot rzut okiem i decyzja, czy z prawej czy z lewej.
Dopiero po biegu kolega Oskar uświadomił mnie, że pod spodem mogło być różnie: kamień, korzeń, dół z wodą.
Uff, tym razem bez konsekwencji. Był fun.
Warunki, czyli wspomniany śnieg, rozkopany i podeptany – dawały w kość.
Czy raczej w umiejętność balansu i równowagi. Bo buty żyły swoim życiem i uciekały na boki.
Wszędzie, ale nie w jedynym słusznym kierunku – czyli do przodu.
Były płaskie równe odcinki, ale jak na lekarstwo. Był fun.
Pogoda trafiła się nam super. Około 10 stopni, słońce. W lesie tego słońca nie było też aż tak czuć.
Dla mnie dobrze, bo ubrałem się – jak to zwykle ja – troszkę za ciepło. Na sali jak wcinałem bigos to tylko obserwowałem spływające strużki potu.
To tyle odnośnie przedbiegowego stanu czysty i pachnący 😀
A byłem już bez bluzy i dobrych kilka minut po biegu. Tak mam. Cieplej niż chłodniej. Swoje wypociłem. Był fun.
Ale do pełni szczęścia brakowało…
Bez zmęczenia to ten fun byłby niepełny.
Nie planowałem mocnego biegu. Ale też nie chciałem gdzieś wleć się z tyłu.
Swoje w życiu nabiegałem i nachodziłem, pamięć mięśniowa jest, wytrenowana głowa też.
Było na względnym luzie, ale nie oszczędzałem się.
Dlatego pod koniec zaczęło brakować mi sił. Włączyłem częstsze marsze pod górę.
A i tak dotrzymywałem kroku zawodnikowi przede mną. Ach! I włączyłem dyszenie jak lokomotywa.
Gdy wybiegliśmy na otwarta przestrzeń poznałem, że to zaraz asfalt i niedługo meta.
Ale zdziwiony odwracam się do biegacza z tyłu i pytam, czy to już końcówka.
Chwila pauzy, już mam się odwracać, gdy on po chwili potwierdza. Super! No to jazda.
Jest zabawa, jest fun, zaraz będzie meta!
Tutaj słowo wyjaśnienia aka tip. Jak widać, potraktowałem ten bieg na luzie. Rzuciłem okiem na trasę przed startem i tyle.
W połowie biegu, czując zmęczenie walką z warunkami, wpadła myśl, że zapomniałem spojrzeć na ostatnie kilometry.
I de facto nie wiem ile jeszcze. Bo biegam bez zegarka.
Im cięższy&dłuższy bieg tym ważniejsze to jest, aby znać trasę. Gdyby to był maraton, albo półmaraton gdzie bym cisnął, to obowiązkowo lektura trasy i na blachę końcówka.

Zabawa była ostatkiem sił. Pilnowałem tylko, aby nikt mnie nie wyprzedził. Wpadłem na metę, usłyszałem, że Piotr Stanek 18 miejsce, medal, bigos i do środka. Albo medal i do środka i później bigos, nie pamiętam. Tam pamiątkowa fota, pogaduchy z Arkiem (2 miejsce w open 50km), Jankiem (3 msc w kategorii 50km) i Oskarem, kumplem z pracy. Było zabawnie. Był fun.

